niedziela, 4 sierpnia 2019

Film - Martwy Punkt

   Dzisiejszy wpis dotyczy filmu, który wygląda jakby reżyser na jego realizację dostał pięć złotych. Aktorzy są przez niego obrzucani różnymi przedmiotami, ciągnięci przez niego po podłodze i ciężko jest im ukryć, że cała ta sytuacja ich po prostu bawi. O jakiej produkcji mowa? O "Martwym punkcie" ("The dead room") z 2015 r. w reżyserii Jasona Stuttera. Fakt, iż to nazwisko nic nikomu nie mówi nie powinien dziwić, zważywszy, że nie nakręcił on ani jednego głośniejszego filmu - jest to zaledwie kilka produkcji klasy "Z". 
   Fabuła "Martwego punktu" jest bardzo prosta, w mojej opinii aż nazbyt. Do nawiedzonego domu przybywa młodociana medium z dwoma starszymi pomocnikami, którzy na zlecenie firmy zajmującej się sprzedażą nieruchomości, próbują wykurzyć z niego niebezpieczny byt. 
   W filmie w zasadzie bierze więc udział trójka aktorów i bynajmniej nie są to gwiazdy Hollywood. Główną rolę kobiecą powierzono Laurze Petersen, która na swoim koncie ma jeszcze tylko jedną produkcję - "The shopping". Role męskie otrzymali Jed Brophy ("Władca pierścieni", "Dystrykt 9") i Jeffrey Thomas (seria "Hobbit", "Światło między oceanami"). Różnica w doświadczeniu aktorów jest bardzo widoczna - o ile mężczyźni przez cały czas zachowują się profesjonalnie, ich mimika jest naturalna i autentyczna, o tyle kobieta w wielu sytuacjach nie jest w stanie powstrzymać śmiechu. Jej gra również jest amatorska, widać, że kobieta jest spięta, co sprawia, że jej ciało wydaje się sztywne, a twarz ma wciąż ten sam wyraz. Horrorem jest więc tu bardziej samo wykonanie niż scenariusz, który zupełnie nie jest straszny. Cała produkcja opiera się na kilku powtarzanych chwytach, a punkt kulminacyjny bardzo łatwo przegapić, co sprawia, że film od początku do końca wydaje się być kręcony przez nastolatków w domku letniskowym jednego z nich. "Martwy punkt" otrzymał na Filmwebie ocenę 4,2, co w mojej opinii jest notą nad wyraz wysoką.

Link do filmu:


Zwiastun:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz