środa, 7 sierpnia 2019

Film - Dom, który zbudował Jack

   "Dom, który zbudował Jack" to produkcja Larsa von Triera ("Melancholia", "Tańcząc w ciemnościach") z 2018 r. przesiąknięta groteską, czarnym humorem i przede wszystkim krwią. Nie jest to w zasadzie horror, ale thriller. Mimo to, uważam go za warty obejrzenia.
Film opowiada historię tytułowego Jacka, który prowadzony do piekła przez Wergiliusza, opowiada mu swoją historię, a jest o czym opowiadać. Mężczyzna jest seryjnym mordercą, pozbawionym moralności, ale nie logiki działania. Jego ofiary często same sprowadzają na siebie katastrofę poprzez nieostrożność lub naiwność.
Poznając głównego bohatera dowiadujemy się, że mamy do czynienia z człowiekiem, który nie ma świadomości, że czyny przez niego popełnione są złe. Ma on swoją historię, która poznawana z czasem przekonuje widza (ku jego niewątpliwemu zaskoczeniu), że czyny mordercy można w pewien sposób uzasadnić, a nawet są one fascynujące. 
By w pełni zrozumieć film należy sięgnąć także do innych źródeł kultury. Najważniejszą postacią staje się wtedy nie Jack, ale prowadzący go Wergiliusz - antyczny autor "Eneidy". W "Boskiej komedii" Dantego podobnie jak w opisywanej produkcji jest on przewodnikiem głównego bohatera po zaświatach. Niegdyś był również do niego porównywany. Powszechnie uważano, że rola Wergiliusza nie jest w tym dziele przypadkowa, ponieważ jego "Eneidę" uznawano za dzieło pokroju "Biblii". 
W tworze von Triera widoczne są obrazy, które wydają się być oderwane od rzeczywistości. Szczególną uwagę zwraca prezentowana na plakatach scena, w której mężczyźni znajdują się w łodzi na rzece Styks. Jest to obraz Eugène’a Delacroix "Barka Dantego". 
"Dom, który zbudował Jack" jest produkcją, która potrafi przestraszyć, ale przede wszystkim zmusić do refleksji, ponieważ poddaje w wątpliwość negatywne zabarwienie zbrodni jaką jest morderstwo i ukazuje ją z punktu widzenia jej wykonawcy. Analizie podlega nie tylko umysł mordercy, ale także socjopaty jakim jest główny bohater. 
W produkcji udział wzięli aktorzy tacy jak Matt Dillon ("Miasto gniewu", "W starym dobrym stylu"), Bruno Ganz ("Upadek", "Nosferatu wampir"), czy Uma Thurman ("Pulp fiction", "Kill Bill"), co gwarantuje brak aktorskiej fuszerki i idealne połączenie humoru z brutalnością. Genialna obsada sprawia, że widz przeżywa kolejne sytuacje razem z bohaterami, śmieje się z ich problemów, takich jak mizofobia Jacka, czy podziwia niezwykle dopracowane plany zbrodni. Film został oceniony na Filmwebie na 6,5, co w mojej opinii jest oceną zaniżoną. 

Zwiastun filmu:


Link do filmu:

niedziela, 4 sierpnia 2019

Film - Martwy Punkt

   Dzisiejszy wpis dotyczy filmu, który wygląda jakby reżyser na jego realizację dostał pięć złotych. Aktorzy są przez niego obrzucani różnymi przedmiotami, ciągnięci przez niego po podłodze i ciężko jest im ukryć, że cała ta sytuacja ich po prostu bawi. O jakiej produkcji mowa? O "Martwym punkcie" ("The dead room") z 2015 r. w reżyserii Jasona Stuttera. Fakt, iż to nazwisko nic nikomu nie mówi nie powinien dziwić, zważywszy, że nie nakręcił on ani jednego głośniejszego filmu - jest to zaledwie kilka produkcji klasy "Z". 
   Fabuła "Martwego punktu" jest bardzo prosta, w mojej opinii aż nazbyt. Do nawiedzonego domu przybywa młodociana medium z dwoma starszymi pomocnikami, którzy na zlecenie firmy zajmującej się sprzedażą nieruchomości, próbują wykurzyć z niego niebezpieczny byt. 
   W filmie w zasadzie bierze więc udział trójka aktorów i bynajmniej nie są to gwiazdy Hollywood. Główną rolę kobiecą powierzono Laurze Petersen, która na swoim koncie ma jeszcze tylko jedną produkcję - "The shopping". Role męskie otrzymali Jed Brophy ("Władca pierścieni", "Dystrykt 9") i Jeffrey Thomas (seria "Hobbit", "Światło między oceanami"). Różnica w doświadczeniu aktorów jest bardzo widoczna - o ile mężczyźni przez cały czas zachowują się profesjonalnie, ich mimika jest naturalna i autentyczna, o tyle kobieta w wielu sytuacjach nie jest w stanie powstrzymać śmiechu. Jej gra również jest amatorska, widać, że kobieta jest spięta, co sprawia, że jej ciało wydaje się sztywne, a twarz ma wciąż ten sam wyraz. Horrorem jest więc tu bardziej samo wykonanie niż scenariusz, który zupełnie nie jest straszny. Cała produkcja opiera się na kilku powtarzanych chwytach, a punkt kulminacyjny bardzo łatwo przegapić, co sprawia, że film od początku do końca wydaje się być kręcony przez nastolatków w domku letniskowym jednego z nich. "Martwy punkt" otrzymał na Filmwebie ocenę 4,2, co w mojej opinii jest notą nad wyraz wysoką.

Link do filmu:


Zwiastun: